Dialog Trójcy Świętej

02/02/2010

W codziennych medytacjach wracam ostatnio do treści drugiego tygodnia Ćwiczeń duchownych. Bardzo lubię te powtórki, tak mądrze wpisane w metodę świętego Ignacego. Znane zresztą w tradycji monastycznej powolne i cierpliwe przeżuwanie (ruminatio) tych samych fragmentów biblijnych jest podstawą prawdziwego rozsmakowania się w Słowie.

Próbuję zatem niespiesznie zagłębiać się w owe treści po raz kolejny. Zauważam też, że ponowne rozmyślanie nad ważnymi dla mnie punktami nie tylko utrwala to, co odkryłem już w czasie letnich rekolekcji, ale także odsłania zupełnie nowe, niekiedy zaskakujące horyzonty. Nawet drobny szczegół medytacji może stać się tu kluczem otwierającym zapierającą dech w piersiach głębię.

Podobnego zdumienia doświadczam od ponad tygodnia, choć przez cały ten czas drążę właściwie tylko jedną maleńką kwestię. Zatrzymałem się mianowicie na kontemplacji o wcieleniu, w której punktem wyjścia staje się spojrzenie na Trójcę Świętą. Ignacy proponuje, aby widzieć i rozważać jak trzy Osoby Boskie spoglądają na całą powierzchnię i obszar całego świata pełnego ludzi. Widząc zaś, że wszyscy szli do piekła, postanawiają w swej wieczności, że druga Osoba Boska stanie się człowiekiem dla zbawienia rodzaju ludzkiego [CD 102].

Przyznam, że w czasie rekolekcji potraktowałem ten punkt raczej pobieżnie, przechodząc dość szybko do sceny zwiastowania. Propozycja wpatrywania się, a nawet wsłuchiwania w wewnętrzny dialog Trójcy, była dla mnie czymś mało realnym. Przez myśl przemknęła mi wtedy słynna historia świętego Augustyna, który zrozumiał, że prędzej mały chłopiec przeleje muszlą całe morze do dołka w piasku, niż on zdoła pojąć nieskończoną tajemnicę trzech Osób Boskich…

Tymczasem właśnie w ostatnich dniach trynitarna część ignacjańskiej kontemplacji o wcieleniu pochłonęła mnie na dobre. Zobaczenie Trójcy Świętej, a następnie wsłuchanie się w dialog Ojca, Syna i Ducha przekracza, rzecz jasna, możliwości mojej ubogiej wyobraźni. Świadom tych swoich ograniczeń sięgnąłem zatem po dwa, genialne w swojej wymowie, dzieła sztuki, które niespodziewanie otwarły mi oczy i uszy. Długie wpatrywanie się w słynną ikonę Rublowa, a następnie uważne wczytanie w poezję świętego Jana od Krzyża dało początek kilku niezwykle odkrywczym rozmyślaniom. Zatrzymałem się dłużej na obydwu tych elementach, czując, jak uchylają się przede mną drzwi do tej pory zamknięte…

O impresjach z tych medytacji postaram się wkrótce tutaj napisać.


Basia

13/12/2009

Z Bożą pomocą i niemałym wkładem modlitewnym sporej grupy przyjaciół, adwentowe rekolekcje wojenne dla zaprzyjaźnionych Boromeuszek dobiegły końca. Kilka opublikowanych poniżej tekstów to tylko mały odprysk ostatnich dni. Sporą część materiału rekolekcyjnego zostawiam na razie w szufladzie, ufam jednak, że za jakiś czas znów do niego sięgnę.

Tymczasem, jak zwykle o tej porze roku, zamykam na kilka tygodni mój rzymski kramik studencki i wybieram się na „ferie duszpasterskie” do kraju. Przedtem jednak mała reklama. Dziś swoją internetową premierę ma Film o Basi, do obejrzenia którego serdecznie zapraszam. Niech ta historia będzie ukłonem w stronę setek anonimowych kobiet, cichych bohaterek broniących życia poczętego. Wśród nich jest i moja Babcia, która ponad pół wieku temu, wbrew diagnozom lekarskim, zdecydowała się urodzić moją Mamę. Bez tamtej odważnej decyzji nie było by dzisiaj mnie, mojej siostry, kuzynostwa, ich dzieci…

Historia Basi Paradowskiej jest mi zatem szczególnie bliska. Film można zobaczyć TUTAJ, a także na zaprzyjaźnionym blogu Gosi. Serdecznie polecam!


Dwie pokusy Dawida

11/12/2009

Wnioski z moich rozmyślań o życiu duchowym wydają się być nieprawdopodobne. Wiara rozkwita, gdy zaczynamy wątpić w siebie, a silni stajemy się, gdy odsłaniamy nasze słabości. A jednak te paradoksy znajdują swoje potwierdzenie w tajemniczym działaniu Boga, który prowadzi nas do zwycięstwa właśnie w takich momentach.

Najlepszym przykładem jest chyba historia zwycięstwa Dawida nad Goliatem. Znamy tę biblijną opowieść na pamięć, niemniej jednak warto zwrócić uwagę na dwa bardzo istotne szczegóły. Wydaje mi się, że to nie pokonanie Goliata jest w tej historii najważniejsze, ale dwa wcześniejsze zwycięstwa, które Dawid odnosi nad pojawiającymi się pokusami.

Pierwsza pokusa to próba zasiania wątpliwości i podkopania wiary młodego pasterza. Gdy Dawid decyduje się wyjść naprzeciw Goliatowi słyszy z ust Saula takie słowa: „To niemożliwe, żebyś stawił czoło temu Filistynowi i walczył z nim. Ty jesteś jeszcze chłopcem, a on wojownikiem od młodości”. Czyż nie jest to klasyczny chwyt Szatana? Przerażający opis siły harcownika ma zachwiać wiarą delikatnego młodzieńca. A jednak Dawid bez wahania odrzuca tę pokusę, opierając się nie na własnym doświadczeniu, ale na zawierzeniu Bogu: „Pan, który wyrwał mnie z łap lwów i niedźwiedzi, wybawi mnie również z ręki tego Filistyna”. Zaufanie Bogu to pierwszy krok ku zwycięstwu Dawida i pierwsza porażka Szatana.

Ale nie koniec na tym, bo Zły uderza natychmiast po raz drugi. Tym razem sięga po pokusę ukrycia słabości i zamaskowania niedoświadczenia Dawida. Jak czytamy w Pierwszej Księdze Samuela tuż przed walką „Saul ubrał Dawida w swoją zbroję: włożył na jego głowę hełm z brązu i opiął go pancerzem. Przypiął też Dawid miecz na swą szatę i próbował chodzić, gdyż jeszcze nie nabrał wprawy” [17,38-39]. Ot i kolejny klasyczny chwyt Szatana. Gdy nie może podkopać wiary w Boga, zaczyna podkopywać wiarę w człowieka: jesteś słaby, młody i niedoświadczony, musisz koniecznie to ukryć przed swoim przeciwnikiem, musisz zadbać o to, by cię nie wyśmiał, nie wyszydził. Spróbuj ukazać się lepszym i silniejszym, niż jesteś w rzeczywistości.

Ale i pokusę założenia maski Dawid odrzuca. Ściąga zbroję i staje przed wrogiem w całej prawdzie o sobie. Nie ukrywa swego młodego wieku, niedoświadczenia, słabości. Rzecz jasna od razu naraża się na wzgardę, kpiny, wyśmianie. I właśnie w tej patowej, wydawać by się mogło, sytuacji, gdy zwycięstwo Goliata zdaje się być przesądzone, objawia się tajemnicze działanie łaski. Dawid znajduje klucz do wygranej w całkowitym oparciu się na Bogu: „Ty idziesz na mnie z mieczem, dzidą i zakrzywionym nożem, ja zaś idę na ciebie w imię Pana zastępów, Boga wojsk izraelskich, którym urągałeś… Niech wiedzą wszyscy zebrani, że nie mieczem ani dzidą Pan ocala!”.

Bóg kocha takie paradoksy. Gdy tracimy wiarę w siebie, odnajdujemy moc w zawierzeniu Jemu. Gdy w prawdzie wyznajemy naszą niemoc, On objawia w nas siłę, jakiej nigdy byśmy się nie spodziewali. Wiara staje się tarczą ochronną, a prawda o własnej słabości najskuteczniejszą osłoną.


Biodra przepasane prawdą

10/12/2009

Siła pokory, o której dopiero co mówiliśmy, przejawia się także w kolejnym elemencie chrześcijańskiej zbroi. Święty Paweł zachęca:

Stańcie więc do walki, przepasawszy biodra wasze prawdą.

Wyobraźmy sobie człowieka, który nosi wokół bioder przepaskę. Ta przepaska go osłania, zakrywa jego intymność. Podobnie rzecz ma się z życiem wewnętrznym. Każdy z nas ma w sobie taką strefę głębokiej prywatności, miejsca, do których nie chcemy nikogo dopuścić. To jest przestrzeń znana tylko nam, zamknięta w sercu, otoczona pewnym wstydem. Ciemna strona naszego ja, którą pragniemy ukryć przed innymi.

Doskonałym odbiciem tego, co dzieje się w intymnej strefie naszego serca jest nasza reakcja na nagość. Wobec nagości czujemy zawsze wstyd i skrępowanie. Dlaczego? Jak wiemy z Księgi Rodzaju – jest to skutek grzechu. Wstyd Adama i Ewy pojawia się dopiero po grzechu, wcześniej nie czuli przecież żadnego skrępowania. Grzech sprawia, że splatają gałązki figowe, by zakryć swoją intymność.

Podobnie rzecz ma się z naszym sercem. Rany naszych grzechów i słabości zamykamy tam na siedem spustów, by nikt o nich się nie dowiedział. Próbujemy za wszelką cenę ukryć naszą niemoc, chcemy pokazać na zewnątrz, że jesteśmy silniejsi i lepsi, niż w rzeczywistości. To zakłamanie naszego serca ma swoje źródło w ataku Szatana, który działa wyjątkowo inteligentnie i przewrotnie. Przed grzechem podsuwa wątpliwości, dyskretnie nęci, upiększa rzeczywistość. Ale, gdy już upadniemy, wtedy wszystko odwaraca do góry nogami. Zaczyna wyolbrzymiać naszą winę i szepcze nam do ucha: ty taki dobry i pobożny, a tak upadłeś! Ależ z ciebie słabeusz! Teraz wszystko się wyda. Bóg cię osądzi, ludzie cię wyśmieją…

W tym momencie zaczyna się nasze zakładanie masek i ukrywanie słabości przed czyimkolwiek spojrzeniem. Prężymy duchowe muskuły i z niepokojem pytamy samych siebie, czy przypadkiem ktoś nie dostrzega, tego, co tak starannie próbujemy ukryć. Zaczyna się zagmatwana gra pozorów. Albo uciekamy w perfekcjonizm, by udowodnić wszystkim, że tak naprawdę jesteśmy OK, albo wycofujemy się, by wzbudzić czyjś żal i zainteresowanie.

Wyjście z tej matni jest tylko jedno. Święty Paweł mówi: „przepasz swoje biodra prawdą”, to znaczy „po prostu bądź sobą”, stań przed Bogiem i innymi właśnie takim, jaki jesteś.

Absurdalne? Poniżające? Niewykonalne? Otóż nie! Szatan co prawda straszy nas swoim szeptem: „tylko nic nie mów! nie odsłaniaj się! wyśmieją cię! okażesz się głupcem!”, jednak Bóg pragnie czegoś dokładnie odwrotnego. Owo „przepasanie bioder” to nic innego jak stanięcie w całej prawdzie o sobie. Także tej trudnej, która odkrywa naszą słabość i nędzę.

Gdy Zły podsuwa nam pragnienie, by schować się za maską dopracowanych pozorów, Bóg odpowiada, że moc doskonali się właśnie w słabości. Innymi słowy, siła Bożej łaski objawi się dopiero wtedy, gdy w pokorze zaakceptujemy prawdę o sobie. Święty Paweł otwiera tajemniczy kanał łaski Boga właśnie w momencie swojego najgłęszego uniżenia i wyznania prawdy o gnębiącym go ościeniu.

Szatan próbuje bazować na naszym lęku, wsączając nam w serce obawę przed utratą dobrego imienia. Boimy się, że gdy ukażemy swą słabość to przestaniemy być kochani, akceptowani, lękamy się, że ludzie nas wyśmieją, odsuną się od nas. A tymczasem to właśnie nie komu innemu, jak Panu Bogu zależy na naszym dobrym imieniu. On działa w tajemniczy i paradoksalny dla nas sposób, że gdy wyjawiamy trudną prawdę o nas samych, tym większa staje się akceptacja i empatia tych, których opini wcześniej tak bardzo się lękaliśmy.

A zatem po raz kolejny potrzebny jest nam kopernikański przewrót w myśleniu. Prawdziwą siłę zyskuję wtedy, gdy „opasuję się” prawdą o sobie. Bez kombinowania i pudrowania swoich wad czy słabości. Im bardziej bowiem jestem prawdziwy, tym bardziej też staję się zabezpieczony przed atakami Szatana. Gdy z pokorą zaczynam akceptować swą niemoc, Zły traci we mnie zasadnicze punkty zaczepienia.